Wywiad z Markiem Garncarkiem

Kapitan. Człowiek, któremu warto poświęcić trochę uwagi. Odwdzięczył mi się ciekawymi odpowiedziami na postawione mu przeze mnie pytania. To od niego chciałem zacząć mam nadzieję interesującą serię wywiadów przede wszystkim z zawodnikami, ale także z innymi osobami związanymi z klubem. Czy zdaliśmy egzamin? Przekonajcie się sami. Kolejni moi rozmówcy – już na celowniku.

Aleksander Iwanowski: Ile lat grasz w piłkę i jak to się wszystko zaczęło?

Marek Garncarek – Ooo, w piłkę gram od dziecka. Czyli z grubsza 20-25 lat. Większą część dzieciństwa spędziłem na betonowym boisku, na własnym podwórku. Czyli zaczęło się niejako samo. Pamiętam, że najczęściej grałem ze starszymi, a kupując piłki, wybierałem te najtwardsze. Pamiętam, że byłem znany w podstawówce z tego, że strzeliłem bramkę z połowy boiska (choć nie było ono oczywiście pełnowymiarowe 😉 ). To w ramach rozgrywek między klasami. W gimnazjum zgłosiłem się do reprezentacji szkoły, a naszym największym sukcesem było drugie miejsce w Szczecinie i piąte w województwie. Wtedy też zarobiłem na graniu swoje pierwsze i prawie jedyne pieniądze (właściwie prawie pieniądze). 🙂 W jakimś turnieju za zwycięstwo dostaliśmy bony na zakupy za 200 zł.

Przygodę klubową rozpocząłem bardzo późno. Myślenie w ogóle o jakimś klubie przyszło dopiero w liceum, choć w pierwszej klasie trwała jeszcze moja roczna przerwa od piłki, po uszkodzonej [trzykrotnie] łąkotce. Ale jak już zacząłem myśleć, to oczywiście od góry. Pogoń Szczecin – tam byłem na kilku pierwszych treningach juniorów starszych. Wtedy jeszcze trenował tam i Kamil Grosicki, z którym znaliśmy się trochę z osiedla, oczywiście poprzez piłkę. Może by mnie jeszcze skojarzył, nie wiem. Szybko jednak stwierdziłem (może błędnie – w sensie samej decyzji o zrezygnowaniu), że to nie moje progi. Potem była półroczna przygoda w Arkonii Szczecin. Następnie kolega z klasy, który grał w Świcie Skolwin zapytał czy nie chciałbym u nich pograć. I tak spędziłem ostatni okres przed wejściem w wiek seniora właśnie w tym klubie. Potem była roczna przygoda w Vielgovii Wielgowo, ponieważ szukałem już czegoś bliżej miejsca zamieszkania, na prawobrzeżu. Po Vielgovii byłem bliski trafienia do Jezioraka Załom, ale powstała Kasta Majowe. Drużyna zbudowana na zawodnikach z osiedlowej ligi amatorskiej ALPN. Tu wywalczone dwa awanse z rzędu, a spędzone w sumie 4 lata. Nie Kasta była jednak moim ostatnim klubem…

Jak to się stało, że pojawiłeś się w Aquili Szczecin?

– … Do Aquili zgłosiłem się sam. Słyszałem o klubie, bo chłopaki grali na boisku Kasty, z którą postanowiłem się rozstać, ponieważ nie był to tak do końca mój klimat. Miałem nadzieję na treningi blisko domu. Byłem kapkę zaskoczony, gdy okazało się, że treningi są na sztucznej murawie przy… Witkiewicza. No ale cóż, postanowiłem, to zostałem. Nie żałuję. 🙂 Jestem tu już trzeci sezon.

Co mógłbyś powiedzieć o tutejszym sztabie szkoleniowym?

– Na pewno nie brak tu chęci, podejścia, pasji i zaangażowania. Nie brak też szkoleń, odpowiednich certyfikatów. Całe zaplecze stoi na poziomie kilku lig wyżej. W historii mojego życia wypracowałem sobie wiele standardów, zasad, na doświadczeniu zbudowałem świadomość, która pozwala mi spojrzeć na wiele spraw ze sporym dystansem. Jestem tu, a zatem na pewno jestem z warunków szkoleniowych zadowolony. Wydaje mi się, że drużyna idzie odpowiednim tempem, że to jest właśnie odpowiedni czas, abyśmy mogli spróbować swoich sił nieco wyżej.

Czy prowadzenie zajęć przez tak młodych trenerów nie wpływa negatywnie na zaangażowanie zawodników?

– Nie wpływa. Podejście jest raczej profesjonalne. Nikt nie neguje, nie kwestionuje. Dodatkowo – średnia wieku zawodników Aquili jest stosunkowo niewysoka. Zespół składa się w znacznej części z zawodników młodych albo bardzo młodych. Mając obecnie 28 lat jestem jednym z najstarszych piłkarzy Aquili. Gram z chłopakami o ponad 10 lat młodszymi od siebie. Działa to też nieco, przynajmniej na mnie, mobilizująco. W takim znaczeniu, że, w szczególności jako kapitan drużyny, trochę więcej leży bezpośrednio w naszej gestii. Więcej poczucia odpowiedzialności, brania pewnych spraw na siebie, poczucia wspólności. Nasi trenerzy też grają. To scala, trudniej o sytuację: my – oni.

Dlaczego Aquila nie może przebić się wyżej? W czym tkwi problem? Jak temu zaradzić? Czego brakuje? Czy w tym sezonie będzie w końcu inaczej?

– Będzie inaczej. 🙂 Choć wiem, że może niekoniecznie powinienem tak mówić, w szczególności po dwóch latach niezaspokojonych ambicji na awans, ale doskonale też wiem, że w głowie, sercu i ciele, trzeba mieć nastawienie do przodu. Zarówno na boisku, jak i w życiu. Wtedy można zwyciężać. Gdy człowiek dorasta, widzi to coraz wyraźniej. Sport to też sztuka, a jeśli w sztuce nie włożysz od siebie maksimum nastawienia, możliwie wielu emocji, to i nie możesz oczekiwać zbyt wiele. To czego moim zdaniem w znacznej mierze brakowało naszej drużynie, to doświadczenie poszczególnych zawodników. Jeszcze do niedawna widać było u niektórych odstawianie nogi, brak wyskoku do głowy (choćby po to, żeby wytrącić przeciwnika z równowagi), brak przejęcia piłki, gdy ewidentnie powinna być jego, brak wślizgów, zastawiania się, dokładnego przyjęcia i odegrania. To podstawowe elementy gry. Bardzo dużo tkwi w psychice, a młodości sprzyja przecież brak pewności we własne możliwości i umiejętności. To trzeba w sobie wyrobić i w miarę upływu czasu widać coraz to bardziej pozytywną zmianę. W tym sezonie doszło też kilku już doświadczonych, zawodników. Cały obraz sprawia, że jestem pozytywnej myśli. 🙂 Mecz z Tanowią Tanowo, czyli drużyną z 1. miejsca, grającą dwie ligi wyżej, pokazał, że prezentujemy bardzo wysoki poziom jak na B-klasę. Zbyt wysoki. 😉

Nowi zawodnicy w drużynie, podołają postawionym im celom?

– Jak wspomniałem – jest moc. 🙂 Cieszy to, że wśród zawodników teoretycznie podstawowych i teoretycznie rezerwowych poziom jest wyrównany. Pokazały to już pierwsze mecze, w których zdarzała się absencja pojedynczych osób. Poziom się nie obniżył. Także kontuzje wykluczyły jeszcze przed sezonem kilku chłopaków, którzy potrafią grać w piłkę. W dodatku gramy w dwóch ligach i zdarza się, że mecze się pokrywają. Dajemy radę. To pokazuje, że jest z czego wybierać. To w znacznej mierze właśnie dzięki nowym zawodnikom.

Czy wykrystalizowała się już po tych paru meczach podstawowa jedenastka? Czy jednak wciąż szukane jest idealne ustawienie?

– Pojawiają się często opinie, że najlepsze drużyny w najważniejszych rozgrywkach, a bardziej turniejach, grają mocno ustabilizowanym fundamentem, a zmian w podstawie dokonują tylko, jeśli muszą. Pamiętajmy jednak, że gramy ligę. Tu meczów jest wiele. Przyjdą kartki, kontuzje. Nie ma konieczności takiego podejścia. Trzon oczywiście jest. Ustawienie jest stabilne, po większej części konkretnych zawodników należy się też spodziewać, że wyjdą w pierwszej jedenastce. Ale nie jest wielkim kłopotem, gdy kogoś aktualnie brakuje. Na moje miejsce też w razie konieczności na pewno znalazłby się godny zastępca. 😉 Pamiętajmy jednak, że nigdy nie jest tak, aby nie mogło być lepiej.

Pamiętasz swój pierwszy mecz w tym klubie? Jak było? Co od tego czasu się zmieniło? Zespół po kryzysie podniósł się i chyba teraz ma się lepiej niż kiedykolwiek?

– Przyznam, że… Pamiętam kilka pierwszych meczów. 😀 Pojawia mi się przed oczami kilka konkretnych spotkań, sparingów, bramek… Nie mam pewności, który był pierwszy. Pewnie to dlatego, że już parę ładnych lat na boisku spędziłem. Grałem wówczas jako napastnik. Z takim zamiarem przychodziłem do Aquili. O ile jednak w sparingach przed ligą można było być pełnym zadowolenia, o tyle sama liga okazała się już dla drużyny nieco bardziej wymagająca. Nie szło tak dobrze, jak zakładaliśmy. Obecnie gram na środku, częściej chyba jako defensywny i to wydaje się być lepszym rozwiązaniem. Na pewno teraz, gdy mamy naprawdę dobrych napastników. Po drodze była jeszcze oczywiście lewa pomoc, czyli pozycja, na której wybiegałem dotychczas chyba najwięcej godzin w swojej karierze. Teraz się to jednak zmienia. Środek przyszedł w międzyczasie. Jakoś tak, naturalnie. Wydaje mi się, że ogarniam. Dużo się dzieje, dużo ode mnie zależy.

To z mojej perspektywy. A cała drużyna? Zmieniła się, na pewno. Przez chwilę był kryzys, kryzys wieku dziecięcego 😉 (Aquila istnieje przecież zaledwie od 2011 roku). W pewnym momencie, gdy solidnie nie szło i brakowało konkretnej przyczyny, nastąpił zgrzyt między częścią piłkarzy a sztabem szkoleniowym, zarządem. Kilku podstawowych zawodników pożegnało się z drużyną. Z perspektywy czasu, mimo trudniejszych chwil niedaleko po tym wydarzeniu, oceniam to jako swoistego rodzaju katharsis. Między innymi to wydarzenie doprowadziło przecież do stanu, który jest dzisiaj. A dziś jest dobrze.

Co sądzisz o boisku, na którym teraz gracie?

– Bardzo cieszę się ze zmiany, która nastąpiła w tym sezonie. Wcześniej graliśmy przede wszystkim na sztucznej murawie przy Witkiewicza. Tam też trenowaliśmy. Teraz wiele treningów przeprowadzanych jest na Jasnych Błoniach, a pierwsze mecze u siebie zagraliśmy na boisku Jezioraka Załom. Różnicę między sztuczną a naturalną nawierzchnią odczuwam bardzo wyraźnie. Stawy, ścięgna, mięśnie, to wszystko bolało. Teraz czuję tylko ogólne zmęczenie po meczu plus ewentualne urazy ze starć z przeciwnikami. Kolejne mecze u siebie będą już na sztucznym boisku przy ul. Pomarańczowej, tam, gdzie odbywają się mecze ALPN-u. To nie jest złe boisko. Znamy je dobrze, a stan nawierzchni jest bardzo dobry, bo obiekt powstał niedawno. Można też zawsze liczyć na kilku kibiców z osiedla. Oczywiście najchętniej grałbym na własnym boisku, ale na to musimy jeszcze chwilę poczekać.

Ostatnio krążą plotki, że uzyskałeś podczas meczu większą prędkość niż Robben!

– W managemencie panuje bardzo dobre, profesjonalne podejście. Rada drużyny podjęła decyzję o sposobie wykorzystania klubowych środków finansowych. Dzięki temu znaczna część zawodników wyposażona jest w buty z micoachem, czyli systemem adidasa, który dostarcza z meczu czy treningu takich informacji, jak: ilość przebiegniętych kilometrów, przeciętny czas poruszania się w danym przedziale prędkości, dystans przebyty z daną intensywnością. Wszystko ładnie widać na liczbach i na wykresach. Sprinty widać bardzo wyraźnie, wybijają się mocno do góry. Podawana jest także maksymalna prędkość, z którą poruszał się dany zawodnik. Jakiś czas temu byłem zadowolony z prędkości blisko 32 km/h. Wiedziałem, że aby przebiec 100 m w 10 s., potrzeba stałej prędkości 36 km/h. Zatem wydawało mi się, że jest całkiem dobrze. Gdy niedawno uzyskałem wynik ponad 35 km/h, było to już naprawdę coś. Potem jednak micoach pokazał mi 38,93 km/h. To było prawdziwe zaskoczenie, w szczególności, że sztab zwrócił uwagę na to, że najszybsi zawodnicy świata osiągają prędkość do 36 km/h. Usain Bolt w 2009 r., podczas gdy bił rekord świata na 100 m, na najszybszym odcinku 60-80 m osiągnął prędkość 44,72 km/h. Jeszcze troszkę mi zatem brakuje. 😉

Ogólnie jednak, zgadzałoby się to z towarzyszącym mi samopoczuciem. Zarówno sportowo, jak i prywatnie, ponieważ w życiu zaczyna mi się solidnie stabilizować. A to zawsze przekłada się na dyspozycję. 🙂

Czy z kimś z drużyny kolegujesz się poza boiskiem? Co robi i jaki jest poza boiskiem Marek Garncarek?

– Aquila gromadzi kilka solidnych charakterów. Widać to na boisku, widać i poza nim. Spotkanie na zakończenie sezonu 2013/14 pokazało, że dobrze nam się ze sobą rozmawia, potrafimy się razem bawić. Są i wyjścia po meczach, zorganizowane przez zarząd, to cieszy. Zdarza się i oczywiście spotkać w mniejszym gronie. Czyli – zdecydowanie tak. I poza boiskiem są dobre kontakty. A co robię i jaki jestem poza boiskiem? Z charakteru podobny jak i na boisku. Z charakterem, do przodu, nastawiony pozytywnie, na zwycięstwo. A konkretniej? Nie mamy tu chyba tylu godzin / tyle miejsca. 😉

Więc na koniec, czego Ci życzyć?

– Tego, aby utrzymał się kierunek, w którym podążam i abym zaszedł w nim najdalej, jak tylko się da.

Z Markiem rozmawiał Aleksander Iwanowski.